|
|
|
|
|
|||||
|
|
|
|
|
|
||||
|
|
|
|
|
|||||
|
Sylwester 2003 w Chorwacji!Znowu postanowiłem spędzić sylwestra na morzu, żeby było inaczej. :) Śniegi i mróz mnie jakoś nie pociągają, jestem ciepłolubny, więc pojechałem na południe (znajomi popłynęli na Bałtyk - brrrrrr). Może nie aż na takie południe, aby przestało być zimno, ale to zawsze lepiej niż w naszym pięknym kraju.Wybraliśmy się w większej grupie: Ilona, Mandarynka, Ewelina, Aśka, Kamil, FINCH, Marcin i dwóch Tomków. Trasa: południe. Cel: noc sylwestrowa w Splicie. Jacht: SAS-39. Wiało całkiem nieźle, momentami nawet bardzo nieźle. Trafiliśmy akurat na Jugo, sztormowy wiatr z południa, ciepły (relatywnie), ale za to rozbudowujący sporą falę. Pierwszego dnia halsowaliśmy się i halsowaliśmy do miasteczka Vodice, gdzie dotarliśmy późnym wieczorem. Skipper w mojej skromnej osobie dostał niezłą szkołę polegającą na konieczności zrobienia w nocy pięciu zakrętasów pomiędzy dwudziestoma wysepkami, z których niektóre ledwo wystawały ponad wodę, i to wszystko za pomocą dwóch światełek. :) W końcu dotarliśmy do mariny. Ciemna, nieoświetlona w środku, ostatni raz byłem tam w 2000 roku i to jako załoga, więc znalezienie dziurki w falochronie stanowiącej wejście trochę nam zajęło.
Wiało już wówczas całkiem konkretnie, kręciliśmy się po marinie szukając miejsca. SAS-39 bardzo opornie manewruje płynąc do tyłu (żeby nie powiedzieć, że na 'wsteczu' płynie gdzie sam uważa za stosowne, niestety z pominięciem woli osoby za sterem) i podczas, gdy próbowałem ustawić go rufą naprzeciwko wolnego miejsca przy kei, stała się katastrofa - przyszedł szkwał i zanim zdążyłem zareagować, jacht pojechał bokiem i zaczepił płetwą sterową o mooring, którym była zakotwiczona do dna inna łódka. Nieciekawa sytuacja, jako że oparliśmy się burtą na uzbrojonych w kotwice dziobach kilku jachtów stojących przy kei, a silny dociskający wiatr nie pozwalał wymanewrować i uwolnić się z mooringu. W końcu zdecydowaliśmy się na desperacki krok - jako że jacht był zacumowany na dwóch mooringach, przecięliśmy ten, o który zaczepiliśmy. No i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że... coś nas dalej trzymało! Do dzisiaj nie wiemy, co to było, bo potem nie znaleźliśmy resztek liny w śrubie, ale ewidentnie przecięty mooring zaczepił końcem przycumowanym do dna albo o ster (jakimś węzłem, supłem, zgrubieniem? nie wiem), albo o śrubę. Dalej byliśmy uwięzieni, tyle że parę metrów dalej. Nie było wyjścia - tak jak stałem, rozebrałem się i wskoczyłem do cholernie zimnej wody (Adriatyk zimą ma temperaturę max. 10 stopni) i odciąłem i ten koniec liny. Nastęnego dnia wskoczyła do wody Aśka, ale nie znalazła żadnych śladów i pozostałości po linie. Ciekawe... No nic, cała sprawa zakończyła się dobrze, chociaż z mojej prywatnej kieszeni boleśnie ubyło 50 EUR za tę przeciętą linę (fakturę zachowałem na pamiątkę...). I tak stargowałem ze 100 EUR! Co najciekawsze - znajoma też przecięła mooring, ale na złączeniu cienkiej liny z grubą. Musieli uciąć najwyżej metrowy odcinek. Związali go i wszystko było OK - mooring i tak miał wiele metrów nadmiaru, co jednak nie przeszkodziło obsłudze mariny skasować od nich 50 EUR, czyli tyle samo, ile za nasz, faktycznie doszczętnie zniszczony. Różnica była taka, że oni pół godziny zamarzali w wodzie, próbując zrobić tak, żeby było dobrze, a my nie...
Staliśmy w tych Vodicach jeszcze jeden dzień, bo rozwiało się tak, że nie dało się ruszyć. Marina była do dupy, otwarta na morze i fala wchodziła taka, że urwało nam reling, na którym wisiały odbijacze! W sumie i tak mieliśmy szczęście, bo łódki znajomych przyszły w gorszym stanie - Peter z zepsutym rolfokiem, Adam z rozprutą genuą, ktoś inny złamał saling... W końcu ruszyliśmy się stamtąd z zamiarem dotarcia do Trogiru. Oczywiście Jugo rozwiał nasze nadzieje i dręczeni chorobą morską, zahalsowani niemal na śmierć (mimo pomagania sobie silnikiem), wylądowaliśmy w Rogoźnicy, mniej więcej w połowie drogi. Piękna marina, luksusowa - wiadomo, niemiecka. Niemiła niespodzianka czekała nas następnego dnia. Przychodzi facet i mówi, że MUSIMY się przecumować bliżej kibli. Prosił, nalegał, aż w końcu nakazał. Podpłynęliśmy we wskazane przez niego miejsce, które znajdowało się naprzeciwko recepcji, w takiej odległości, że mogliby zobaczyć, jakie papierosy u nas ktoś na łódce wyciągnął. Sprawa po chwili się wyjaśniła - zostaliśmy aresztowani w porcie w związku z faktem, że w Vodicach obrabowano jacht - zniknęła jakaś elektronika i inne takie. Ciężko powiedzieć, dlaczego uznano, że to akurat my zrobiliśmy, ale może mamy taką opinię u Chorwatów? No nie wiem, w każdym razie wiadomo, dlaczego kazali się przecumować przed drzwi recepcji - nie chcieli, żebyśmy stojąc pomiędzy wypasionymi niemieckimi łódkami zostawionymi tam na zimę, opróżnili je z elektroniki. :(
Ostatecznie, po dłuższym czasie udało mi się wymusić zwrot dokumentów jachtu pod hasłem 'albo przyjeżdża policja i stawiają nam zarzuty, albo oddajecie papiery'. Oddali. I dobrze, bo to był ostatni dzień roku, a do Splitu kawał drogi. Temat miał swój epilog w Sukosanie, przed odjazdem do Polski. Przyjechali policjanci po cywilu (w jakimkolwiek języku obcym mówił tylko jeden) i przeglądnęli bagaże wszystkich 70 Polaków, którzy właśnie skończyli rejsy i mieli pecha być feralnej nocy w Vodicach. Grzebanie w śmierdzących, mokrych skarpetkach, po kieszeniach sztormiaków. Ja osobiście miałem spore problemy z wytłumaczeniem, że mam prawo mieć swoją prywatną lornetkę i nie muszę do końca życia wozić z nią dowodu zakupu. Natomiast zupełnie klina policjantom zabiło znalezienie w moim plecaku... odciętego kawałka skrętki komputerowej z wtyczką RJ-45. Jestem informatykiem i różne rzeczy walają mi się po domu, wtyczka akurat zaplątała się do plecaka. Uch, ile musiałem się natłumaczyć na migi tym policjantom o co chodzi i że to nie jest z ukradzionego GPSa, bo tam takich się nie stosuje... Podejrzewam, że gdyby nie poparcie kilku osób (dzięki Rafał!), to mógłbym nie wrócić do Polski w planowanym terminie. Ostatecznie złodzieja nie znaleźli wśród nas.
Wracając jednak do rejsu jako takiego - popłynęliśmy do Splitu z mocnym, nieodwołalnym postanowieniem zdążenia przed północą. Wiatr stopniowo cichnął, ale przed wieczorem dał jeszcze popalić. O zmroku usłyszeliśmy przez UKF wołanie jednego z polskich jachtów - nabierali wody! Byli kilkanaście mil przed nami,nic nie mogliśmy zrobić, ale z przejęciem słuchaliśmy, co się dzieje. W końcu w asyście dwóch innych jachtów dotarli do Splitu, a cała sprawa okazała się nie tyle awarią, co ujawnieniem w nieodpowiednim momencie wady konstrukcyjnej Elana 43. Mianowicie ma on na dziobie pomieszczenie o pojemności 900l na spinakera. Bez odpływu, za to ze szczelną klapą. Klapa się rozszczelniła, jacht nabrał prawię tonę wody na dziobie podczas pracy na fali, przegłębił się mocno w jego stronę, a woda zaczęła przeciekać do wnętrza. Mam nadzieję, że nieprędko będę musiał znowu słyszeć takie coś przez UKF, ani tym bardziej nie będę musiał samemu doświadczyć... :( Ostatecznie dotarliśmy do Splitu, chociaż po drodze Amerykanie wyłączyli GPSa (przez pół godziny widział całe stado satelit, ale nie odbierał sygnału z ani jednej). Sylwester był fajny i huczny, chociaż Split ma u mnie wielką krechę: nie było tam w ogóle knajp!!!!! Takich, w których można byłoby coś zjeść! Tragedia, byliśmy tacy głodni, a w całym mieście była jedna przepełniona restauracja i McDonalds.
W Nowy Rok - plażowa niemal pogoda. W końcu przestało wiać (niestety zupełnie... :) i na silniczku, bez przechyłów, szelek bezpieczeństwa i na luzie dotarliśmy do Primostenu. Za wiele wody to tam przy nabrzeżu nie było, kręcenie płetwą sterową powodowało wzburzanie się mułu na dnie, ale to była niska woda (Adriatyk posiada pewne minimalne pływy), więc wszystko było OK. Miasto w lecie tętniące życiem, zimą całkowicie wymarłe. Drzwi i okna fajnej winiarni (gdzie swego czasu pobiłem rekord ilości wina na jeden wieczór :) dosłownie zabite dechami. Otwarta tylko jedna maleńka knajpka, gdzie mieli tylko piwo. Cóż - dobre i to... :) Tego wieczora także straciłem ostatecznie zaufanie do GPSów, chociaż nigdy wielkiego nie miałem (zwłaszcza do tych ogłupiających, z mapami elektronicznymi). Po zacumowaniu zerknąłem przypadkiem na GPS i co widzę? Zasuwamy z prędkością 40 węzłów po lądzie. Pozycja się zmienia, łódka na mapie przesuwa. Resetowanie urządzenia nic nie dało, nawet zimny start modułu GPS. Na łódce obok - ta sama sytuacja. No cóż... Dopóki błąd widać w oczywisty sposób, to przynajmniej wiadomo, że w podaną pozycję nie można wierzyć, ale gdyby tak błąd był mniejszy i/lub nie powodował 'wyjechania' jachtu na ląd, to mogłoby to się źle skończyć. Refleksja jest jedna: często zaznaczać pozycję na mapie i nie zaniedbywać roli nawigacji terrystycznej.
Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano, jeszcze przed świtem, kupiliśmy chleb (którego od kilku dni nikt na pokładzie nie widział, były 'przejściowe braki w zaopatrzeniu') i posmerfowaliśmy do Sukosanu. No, ten dzień wynagrodził nam na koniec wszystkie poprzednie trudy! Całą drogę (ok. 40 mil) przepłynęliśmy mniej lub bardziej pełnym bajdewindem jednego halsu, przy słońcu, wietrze 4-5 z NE i braku fali - jazda była po prostu genialna!
W Sukosanie zrobiliśmy sobie ostatnią imprezkę. Trochę nam już alkohol 'wyszedł', ale poratowaliśmy się grogiem zrobionym pomysłowo z tego, co było jeszcze na jachcie. Trzecia partia niewiele miała już wspólnego z grogiem (był bez cukru, doprawiony herbatą, z wódką zamiast rumu...), ale 80% badanych nie zauważyło różnicy. :)
I się skończyło. To nie był łatwy rejs pod względem żeglarskim, uczestnictwo w nim uprawnia moim zdaniem do conajmniej zbluzgania kogoś, kto powie, że 'w Chorwacji to same pedały pływają' (taki tekst usłyszałem osobiście od pewnej wysoko postawionej w aparacie PZŻ osoby, nazwisko 'do wiadomości redakcji'). A teraz pozostaje tylko czekanie na kolejny wyjazd... Każdy dzień przybliża do celu. :)
tel. (0695) 64 75 14 Ostatnia aktualizacja: 24.10.2006, 07:55 |