|
|
|
|
|
|||||
|
|
|
|
|
|
||||
|
|
|
|
|
|||||
|
Majówka 2003: 26.04 - 04.05Po długiej nocnej podróży (nawet filmów nie miałem siły oglądać ;) wysiedliśmy rano w marinie Sukosan na południe od Zadaru...
Przekazanie jachtów przebiegło sprawnie, mimo chmary Polaków, którzy zgodnie zjechali się na długi weekend. Co to się działo na kanale 16 UKF - jak w Polsce. ;) Ba, w Polsce to czasem słychać statki gadające po angielsku, a tam tylko polski. ;) Tego dnia byliśmy na tyle zmęczeni po podróży, że zdecydowaliśmy się przenocować przed wypłynięciem. Wieczorem odbyła się wesoła impreza zapoznawcza, chociaż muszę przyznać, że dosyć prędko udałem się spać. ;)
Następnego ranka nie było łatwo wstać, ale szkoda leżeć w kojach, kiedy wiatr gwiżdże na wantach... Niestety rzut oka na zewnątrz trochę ostudził nasz entuzjazm, gdyż było chłodno, bez słońca, a wiatr wkrótce ucichł. Na silniku wyruszyliśmy na południe. Po wyjściu zza wyspy wiatr się rozdmuchał do 4B i można było całkiem nieźle pożeglować, chociaż nadal w 'bałtyckich' warunkach, czyli sztormiak, czapka i nos na kwintę. Do Sibenika dotarliśmy po zapadnięciu zmroku, cumując przy nabrzeżu w środku miasta. Na szczęście zrobiło się już nieco cieplej i wieczór był całkiem przyjemny. Wcięliśmy słoooną pizzę (ale dobrą, IMHO, patrząc w kierunku morza idziemy w prawą stronę nabrzeża i tam jest taka mała knajpka, nawet niedrogo i piwo do Pizzy w rozsądnej cenie o ile pamiętam). Połaziliśmy też po zupełnie wyludnionym nocą mieście. To właśnie ciekawe w Chorwacji - niektóre miasteczka żyją w nocy, a inne gasną już o 23:00. Może to zależy od dnia tygodnia? Nie uwzględniłem nigdy tego przy obserwacjach, trzeba będzie się przyjrzeć. W sumie trudno się dziwić, że ktoś nie uprawia nocnego życia, jeśli jutro rano do pracy... Niesamowity był widok ze znajdującego się na wzniesieniu cmentarza na miasto i wybrzeże... Niestety, następnego ranka dowiedzieliśmy się, że ten właśnie cmenatrz został nocą zdewastowany.
Rano wdrapaliśmy się jeszcze na jedną z twierdz, pocykaliśmy zdjęcia i w pięknej, słonecznej pogodzie popłynęliśmy na żaglach przez kanał do Skradina.
Zacumowaliśmy w marinie i posmerfowaliśmy oglądać słynne wodospady. Zaskoczyła nas cena wstępu do ichniejszego parku narodowego - 45 kun od osoby... Szczęście mieli ci, którzy zabrali ze sobą legitymacje studenckie - cena spadała do bodajże 20 kun. W każdym razie - moim zdaniem za drogo.
Wieczorem popiliśmy winko w niesamowitej winiarni. Wino dobre, ceny gorsze, natomiast zawodowy wystrój wnętrza - cała sterta różnych dziwnych rzeczy - nie da się tego opowiedzieć, trzeba zobaczyć. Na tym zdjęciu widać jedynie może 5% tych przeróżnych śmieci. Wygoniło nas stamtąd dopiero zamknięcie lokalu późno w nocy, ale i tak trochę 'Proszku' (to takie słodkie wino ;) zabraliśmy ze sobą w butelce na przyszłość...
Zjedliśmy też cały talerz 'scampies' (jak to się do cholery nazywa po polsku?!), na które kolega tak długo czekał, że aż zdążył się znietrzeźwić. :D
Ta scampie to taki Frankenstein złożony z kilku innych, nie sugerujcie się. :)
Następnego dnia wyruszyliśmy rano i popłynęliśmy na wyspę Hvar. Niestety - przeciwne wiatry zmusiły nas do zajścia do Rogoźnicy. Małe miasteczko, wypieszczona niemiecka marina i... to właściwie tyle, co można o tym miejscu powiedzieć. W każdym razie nie warto tam zaglądać. No, jeszcze warto wspomnieć o skalnej wysepce tak ledwo-ledwo wystającej z wody na samym środku zatoczki... Następnym punktem programu był Trogir - miasteczko leżące nad niewielką cieśniną, słynące z silnych prądów na podejściu do mariny, ale zacumować udało się nam całkiem nieźle. Pech jednak sprawił, iż wraz z mooringiem wyciągnałem z dna kilka kilogramów śmierdzącego szlamu, oczywiście wchlapując sobie go w jedyne już czyste ubranie. :) Wieczorkiem wcięliśmy pyszne kalmary, pooglądaliśmy miasteczko i do późnej nocy raczyliśmy się piwkiem w knajpce na nabrzeżu. Miło. Niestety - w tym miejscu na Sylwestra udało mi się w dziesięć minut nazbierać wiadro pysznych małż - a teraz albo ktoś wpadł na podobny pomysł, albo cholera wie... W każdym razie małże zniknęły.
Następnego dnia czekał nas spooory skok na wyspę Żut - około 60-70 mil. W dodatku w pewnym momencie nieźle powiało - 5-6B, w porywach do 7B, fala 1,5m-2m, z rufy. Była świetna jazda. ;) Niestety w połowie drogi wiatr tak samo prędko ucichł, jak się wzbudził i pozostał silnik. Do mariny weszliśmy o zmroku, a nocą wdrapaliśmy się na górę nad mariną. Wzięliśmy nawet ze sobą butelkę wina, niestety górka jest stronma i wchodziliśmy chyba za szybko, przez co jakoś nikt nie miał na to wino ochoty. ;) Rano poplażowaliśmy sobie w spokoju, napaliliśmy się na zjedzenie świeżej ryby (tylko napaliliśmy, w końcu wyszło na to, że rybacy chcą nas zrobić w trąbę, a my się nie damy) i popłynęliśmy do Sukosanu.
Tam po może nazbyt hucznej imprezie (ja się od niej w każdym razie odżegnuję ;) pożegnaliśmy się z Chorwacją i morzem... Ale na niedługo, już za miesiąc kolejny rejs! Podsumowując - łódka się sprawdziła, odtwarzacz CD ze zmieniarką również (niechcący podarowaliśmy Chorwatom kilka płyt ;). Przepłynęliśmy 180 mil w czasie 90 godzin, wiało jak na tę porę roku całkiem nieźle, nie używaliśmy dużo silnika. Bez awarii, wspomnienia miłe - i o to chodzi!
tel. (0695) 64 75 14 Ostatnia aktualizacja: 24.10.2006, 07:55 |